Боднарка і Боднарчане
Ц01:Е05

Боднарка і Боднарчане

11.08.2014

Опис епізоду

про село Боднарка і славных шыроко Боднарчан оповідат Василь Сокач

– Beryniak zaczynałby się dowiadywać, wszystko poszło. Ja z moją mamą w domu tak samo byłam. Mówiłam: „Mamo, naucz mnie po polsku, bo jak tu przychodzę, to przecież trzeba będzie rozmawiać po polsku.“ A ja wciąż mówiłam po swojemu. Nie umiałam dobrze po polsku. Niby ktoś tam radził, żebym rozmawiała do niego (kogoś z rodziny) po polsku, ale chyba i tak się nie nauczyłam.

Od małego rozmawiałam z dziadkiem po naszym (łemkowskim) i dziadek od razu mówił, żeby ze mną po polsku nie rozmawiać, tylko po swojemu. Później się to wszystko pomieszało, bo Marcin mówił do mnie po swojemu, a ja do niego już może nie chciałam. Ale do wnuków nie mówiłam słowa po polsku, tylko w naszym języku, bo tak zostali nauczeni.

I spokój.

(A ktoś pyta:) – A może opowie pani, jak się nazywa… no, Kosowska… A panieńskie nazwisko? Zapanny Brejan. A gdzie się urodziłaś?

– W Izbach.

– W Izbach? A w którym roku?

– W 1927. No, już jestem starsza kobieta…

Trudne to były czasy, gdy na zachód przyjechało się tylko w troje: brat, mama i ja. Tylko my troje. Ciężko nam było. Mój tata (Nianio) zmarł, jak miałam 10 lat. Pamiętam go jak przez mgłę. Był światowy, nawet w Ameryce był. Potem wrócił do domu w Izbach.

Wielka bieda była, tak pamiętam. Tata lubił fajkę, ale palił tak ukradkiem. Z fajeczką wszędzie chodził – do Krępnej, do Gorlic, bo u nas w Brejanach, niby bogato było, ale nie chwaląc się… Moi bracia mieli konie. Ja nie… Tylko jeden brat starszy był, który poszedł na wojnę. Było parę koni i tata zawsze z fajką szedł do Krępnej i tak to pamiętam…

Przyszła wojna i bieda. Nasze Izby były w dolinie, w górach ciężko, a do kranicy (granicy) na tym tak zwanym „mysarnym“ było wyżej, trzeba było pod górę iść. Pamiętam, jak tata wracał z Krępnej – szedł powoli. Jak przyszedł, to strasznie go bolało, aż musiał kląć. Może, gdyby wcześniej poszedł do lekarza, to by go uratowali… Ale czekał jeden dzień, drugi… Dopiero trzeciego dnia brat zabrał go do Wysowej, do doktora. A z Wysowej od razu do Gorlic, żeby operować. Ale było już za późno. Nie przeżył.

I tak zostałyśmy z mamą i z jednym bratem. Najstarszy brat już nie żyje. Tata umarł w 1938. A w 1939 zaczęła się wojna. Brat jeszcze zdążył się ożenić przed wojną. Wziął sobie żonę z tamtej strony, nazywała się Płaskoń. Była bardzo fajna kobieta.

Brat, gdy go zabrali, pamiętam, poszedł najpierw na wojnę, potem coś się działo – wszyscy się rozjechali. Raz byłam z bratem, gdy kosił owies przy samej granicy słowackiej, nasze pole tam było.

(Tu następują fragmenty śpiewów i muzyki – ktoś śpiewa w tle piosenki.)

Brat kosił tam owies kosą.

[Ktoś wtrąca:] – Będę coś nucić. A ja wam teraz powiem, może znacie…

[Osoba śpiewa, potem dalej kontynuuje opowieść:]

Chodziliśmy do szkoły w Izbach. Były cztery klasy. Uczycielem był pan Kryzlek, czasem jakaś nauczycielka się zmieniała, już nie pamiętam nazwiska. W czasie wojny była zmiana, chyba przeszli na nauczanie po ukraińsku. Nie wiadomo, skąd był ten nauczyciel. Zmienił nam książki, może i coś zostało, a ja już nie pamiętam.

Pytacie o rok 1940, kiedy ludzie wyjeżdżali do Rosji (sowietów). Brat też się wybierał. Wielu wtedy wyjechało. Szli pieszo w wielkim śniegu, bo to chyba był styczeń. Niektórzy sąsiedzi wzięli wszystko, co mieli: owce, dobytek… Mój stryj szedł, machał ręką: „Chodźcie z nami, czego tu zostajecie? Będzie wojna, bieda!“ Mówili, że jadą do Rosji, a tak naprawdę na Ukrainę, do Liczkiewic. Pamiętam też sąsiadów – Moskwów – którzy pojechali. Jeden z nich nie wytrzymał późniejszej biedy i odebrał sobie życie. Ci, którzy wracali w 1942, ledwo dawali radę. Moja bratowa też wtedy wróciła i jeszcze była panną, a potem ożeniła się z moim bratem.

W 1945 znowu zaczęło się przesiedlanie. W Izbach już siedzieliśmy i czekaliśmy, aż każą nam wyjeżdżać. Mój inny brat poszedł do wojska; złapali go gdzieś w nocy. Wiele osób tak zabrali. Zostaliśmy tylko ja, mama i jeden brat, ten z 1922 roku. Mieliśmy sześć krów, w końcu zostawiliśmy jedną. Trzy cielaki zostały na podwórzu, gęsi zostały, kury zostały – wszystkiego nie dało się zabrać.

Potem prowadzili nas do Grybowa, chyba przez Brunary czy Gorlice, już nie pamiętam. Nocowaliśmy po drodze, następnego dnia pakowali nas do wagonów. Krowy też z nami w tych transportach. W niedzielę dojechaliśmy do Legnicy. Tam kazali nam wysiadać i szukać nowego miejsca. Jedni zostali w okolicy Legnicy, inni ruszali dalej. My trafiliśmy do wsi Lubiechów (lub innej pod Legnicą), gdzie przyjęli nas bardzo życzliwie Polacy. Pierwszego dnia na Wigilię zaprosili nas do siebie.

Później ludzie zaczęli się organizować, odwiedzać, śpiewać jak dawniej. Lecz z czasem to wszystko się gdzieś rozproszyło.

Mój brat, który był w wojsku Andersa, przepadł na jakiś czas. Dopiero po kilku latach przyszła wieść, że jest w Anglii. A moja bratowa, jego żona, wyjechała w 1945 z rodzicami na Ukrainę. On pisał do niej, żeby przyjechała do Polski, ale ona nie mogła porzucić rodziców.

Ja w 1948 wzięłam ślub. W Legnicy była cerkiew i tam braliśmy pierwszy ślub. Był ksiądz Tyczyna. Jechaliśmy do ślubu jeszcze końmi, pamiętam, że to była niedziela. Potem już zamieszkaliśmy w Koskowicach.

Wspominam też, że w Izbach było sporo ziemi, podobno nawet 200 hektarów. Ale lasy zostały upaństwowione. Tylko jakaś część pól pod samą granicą należała kiedyś do nas. Gdyby nie te wszystkie wysiedlenia i wojna, to może by się tam dobrze żyło.

Moja mama wspominała jeszcze, jak w drodze wołała: „Stefan, chodź! Może jeszcze się uratujemy!“ Ale już nie było dokąd wracać. Po prostu zabrali nas, jak staliśmy, i wywieźli.

Na koniec mogę tylko powiedzieć, że tak to wyglądało w naszych Izbach. Szkoda, że już się tam wszystko zmieniło. Została tylko nazwa „Izby“, bo prawie nic z dawnego życia nie zostało.

(Osoba pytająca:) – A jak pani się nazywała?

– Kosowska, Anna, z domu Brejan.